Jak się ubrać do pracy w onlajnie – praktyczny przewodnik po stylówkach

Magazyn PIPA ma zaszczyt przedstawić Agnieszkę Gaczkowską – rękodzielniczkę, kobietę biznesu, założycielkę marki Oplotki i autorkę poniższego artykułu, który każda kobieta pracująca online powinna przeczytać co najmniej raz i podać dalej. A zatem usiądź wygodnie i daj się ponieść!

 

Odświętny dres(s code) czyli MODA FREELANCERKI

 

Poczułam się wykluczona, kiedy czytałam wymyślne nazwy biurowego ubraniowego savoir-vivre…

Że white tie, black tie, że formal, informal, business casual i każdy styl z milionem zasad do zapamiętania, i kiedy mąż rzucił mi od niechcenia „Ty to masz luz, w dresie możesz cały dzień”, to już nie wytrzymałam. Chciałam mu nawymieniać, że w tych naszych „biznesach onlajn” to przynajmniej z osiem stylów mogę wyróżnić, ale, poza szczegółowymi opisami, jakoś ani jedna ze standardowych nazw mi nie pasowała.

 

NO TO WYMYŚLIŁAM WŁASNE!

Jestem rękodzielniczką (już ci się pewnie maluje jakaś opatulona swetrzyskiem baba z kubkiem gorącej herbaty dziergająca bambosze). Jestem też przedsiębiorczynią (jakaś garsoneczka w poprawnych politycznie kolorach, może szpilka?). Jestem mamą (plamy, gdzie się da i ciuchy praktyczne do obrzydzenia?). Pracuję z domu (NO i tutaj to już dresik murowany) i na dodatek reprezentuję lokalną społeczność na forum miasta Poznań oficjalnie ( jak właściwie ma wyglądać radna?!?) oraz nieoficjalnie (działaczka społeczna – jakaś zapalona NGOska z dredami i kolorowymi skarpetkami?!).

A co powiesz na to wszystko NA RAZ?! W jednej osobie?! Jak to TO ma wyglądać w ogóle?! Jak się w taki „misz-masz” ubierać?

Pomożesz?

Wierzę, że Twój „rozstrzał ról” pozwoli dodać co najmniej kilka „stylówek” do tego małego kompendium… więc śmiało notuj, jeżeli czujesz, że warto dodać jakiś podrozdział.

 

Freelancer style – czyli wolnoć, Tomku, w swoim domku!

To te słynne dresy, które oblekamy, kiedy trzeba zmierzyć się z długim artykułem odwlekanym na wieczne „potem”. To te bluzki mające po milion lat, które zakładamy z sentymentu, ale gdyby ktoś nas w nich zobaczył, to byśmy udały, że to nie my, tylko siostra bliźniaczka, co stylu nie ma. To te wszystkie ciuchy „po domu”, z którymi nie możemy się rozstać z jakiegoś irracjonalnego poczucia winy, że skoro tyle przeżyły, to należy im się „spokojna emerytura”.

Tutaj nie ma granic inwencji!

Dziergane skarpety (oczywiście handmade) do spódnicy, podkoszulek zamiast stanika, włosy w „kitkę” bez rozczesywania. Luz totalny i myśl jedyna ( niech ten pi!#@#$ kurier nie próbuje dzisiaj nawet dzwonić na domofon!).

Mój freelancer style to totalna miękkość swetrów, spódnic, bluzek dzierganych ręcznie jako prototypy produktów sprzedawanych w OPLOTKowym, czyli moim sklepie, często nieudane, ale tak „swojskie”, że za Chiny nie spruję, tylko będę z dziką przyjemnością nosić, kiedy nikt nie widzi. Ot taki rękodzielniczy fetysz.

 

 

Smart casual – czyli czasem jednak kurierowi trzeba otworzyć

No dobra, jednak nie każdy z nas może bez końca tkwić w idealnym świecie, kiedy to ten świat niczego od nas nie chce. Wtedy jakoś tak czujemy się w powinności „jakoś” wyglądać.

Bez szaleństwa… (make-up nawet nie przyszedłby mi do głowy przy tej „stylówie”), ale już jakiś outfit, w którym nie mamy fobii otwierania drzwi sąsiadce lub kurierowi – czemu nie.

Ukochane jeansy (koniecznie takie mięciutkie, najlepiej dwa rozmiary za duże, żeby dupsko przed komputerem nie cierpiało), takie z zawiniętymi nogawkami, żeby skarpeciochyhandmade obowiązkowo było widać. Skarpety, najlepiej takie 100% wełna, żeby było ciepło.

Do tego T-shirt bawełna z jakimś printem-statementem, żeby mówił sam za siebie i nieodzowny, kluczowy element – sweter (no, opcjonalnie bluza), byle wielkie to było, „za tyłek”, z przydługawym rękawem, w który można było schować dłonie zgrabiałe od klikania. Jak koszula do biura, tak i swetrzysko do home office’u. MUST-HAVE.

 

Smart dress – czyli dlaczego sukienka ratuje życie

Zdecydowanie nie lubię ubierać się wielokrotnie. To dla mnie strata czasu. Może nie każdy tak ma, ale jeżeli wiem, że tego dnia jest „moja kolej” zaprowadzenia dzieciaków do placówek, to króluje SMART DRESS (code).

Kiecki to takie ubrania, które dobrze „wystają” spod płaszcza, całkiem przyzwoicie leżą same, no i KLUCZOWE – nie trzeba się przebierać, aby po powrocie do domu od razu zaczynać „robić swoje”. BA! Nawet make-up nie jest nieodzowny! I fryzura! Czas operacyjny o poranku spada do minimum, a jednocześnie wyglądasz jak kobieta i człowiek! Kiecek pasujących do czarnych/cielistych rajtuzów jest u mnie w szafie zdecydowanie najwięcej. Niby jakoś specjalnie ich nie lubię, ale praktyczna oszczędność czasu zdecydowanie wygrywa, więc noszę nałogowo.

 

Business casual – czyli koszula do dresu

Tu mały background. Jako przedsiębiorczyni online, bardzo często konsultuję przy pomocy wideo rozmowy. Niezależnie, czy grupowa, czy indywidualna, kiedy dotyczy pracy, staram się zaznaczyć rozmówcy, że jednak jesteśmy w pracy.

Wtedy…

Migusiem zamieniam ukochane swetrzysko na porządną koszulę. A dół pozostaje bez zmian. Dzięki temu, że widzimy się online, średnio do połowy biustu, nawet niedopięty guzik „ujdzie”. Nieważne, co poza kadrem, ważne, że rozmówca nie czuje się zignorowany przez mój strój. I niby nie „trzeba”, ale jakieś takie poczucie, że w tej branży też można „profesjonalnie” (choć z przymrużeniem oka) pozwala mi rozgraniczać strojem czas, kiedy spinam się trochę bardziej, a kiedy „luz” wkrada się w te moje „onlajnowe biznesy”.

 

 

Business casual – z opcją wyjścia

Nie ma co kryć, że nawet „onlajnowe biznesy” wymagają czasem spotkań w realu. A to lunch, a to brunch, a to szybki networking. No nie da się w bamboszach. Parę przyzwoitych koszul i porządne jeansy trzeba mieć. No i „na salony” wjeżdża MAKE-UP. Jedyny moment, kiedy autentycznie cierpię.

Wypielęgnowana, wymaseczkowana skóra twarzy wolna od codziennego obowiązku pudrowania woła o pomoc, kiedy „upiękniam” ją na wyjście. To chyba jedyna część stroju, która mi „nie leży”.

Kiedy wychodzę sieciować (żeby nie było, że networkingową kalkę językową uprawiam) patrzę na tych „amatorów” w identycznych garniturkach, błękitnych koszulach i wypucowanych butkach. Przyjmuję wizytówki, które wyglądają identycznie i zapominam o tych ludziach tak szybko, jak ich poznaję, bo…

WSZYSCY są tacy sami, wszyscy NA CZARNO! I koniecznie w najmodniejszych czarnych oprawkach okularów (niezależnie, czy realnie muszą je nosić, czy nie – lans „na Armaniego” musi być).

I wtedy mnie olśniło!

WYRÓŻNIJ SIĘ, LUB ZGIŃ (w czeluściach niepamięci).

Na dobre porzuciłam jednokolorowe lub czarne stonowane stylizacje, na rzecz oczoje@#$ch akcentów rękodzielniczych. Jeżeli spokojny dół, to góra KRZYCZY, jeżeli klasyczna koszula, to już pasek koniecznie HANDMADE w barwach tęczy. Jeżeli całość w miarę „normalna”, to już biżu „po bandzie”.

 

Garsonka na całego, czyli jak to z tym OFFICIALEM we FREELANSIE???

Kiedy udajesz się na spotkanie do prezydenta miasta lub wkraczasz w środowisko „grubych ryb” nie ma już miejsca na ukochane swetrzysko, ale – mimo wszystko – jest miejsce na „kropkę nad i”! Okazuje się, że nawet „grzeczniutki” mundurek z obowiązkową sztywną koszulą da się „zrękodzielniczyć”. Używam do tego dyskretnej biżuterii. Sutaszowe wisiory, kamienne pierścienie, kolczyki z elementem „ukrytego w żywicy” przekazu – ZAWSZE budzą zainteresowanie.

 

No i GLAM-LOOK wersja home-made.

Cytując klasyka – Jak to każda kobieta – czasem mam ogromną chęć pobyć taka WOW. Taka, jak z okładki. No tylko okazji brak, bo ani to wigilie korpo nie obowiązują we freelansie, ani jakoś specjalnie narady zespołu nie muszą się w pałacowych interiorach odbywać. No to jaka okazja jest dobra, żeby pobyć GLAM??! Ano taka, jaką sobie stworzysz!!!

AVE freelance w takich chwilach!

Masz ochotę poszorować po parkiecie w pięknej sukni – proszę bardzo – na wystawę znanego fotografa z tangiem w tle (nie, nie ogarniam tańca, ale już nie przeszkadza mi zakładanie pięknej kiecki i butów, żeby wtopić się w tłum). Wtedy „wtapiam” się w tłum celowo. Chcę trochę POBYĆ. POCZUĆ się tak pięknie. Zdzierżam nawet wtedy ciężki makijaż i cały proces „straty czasu” podczas jego misternego nakładania. BA! Nawet czasem rozpusta u kosmetyczki potrzebna, żeby pazur pięknie przyczerwienić. Wszystko w imię GLAM-LOOK freelancerki, bo kto powiedział, że skoro nie potrzeba, to nie wolno?!

WOLNO! BA! Nawet trzeba!

Dla higieny psychicznej!

 

A jak to jest z tym dress codem u ciebie?

 

No dobra – zaczepiana przyśmiechami na temat pracy w domu, a dokładniej tego, że paraduję całymi dniami w dresie/szlafroku/ co najwyżej w wygodnym, wyciągniętym swetrze, postanowiłam się raz, a porządnie rozprawić z tym mitem. Udało mi się? Nie udało?

Oceń sama…

A może dorzucisz swoje „trzy grosze” do kompendium „Stylówy freelancerki” ? Pisz na redakcyjny adres:

agnieszka@oplotki.pl